Karuzela z Madonnami

Marzec 11, 2008

Kiedy w czerwcu 2007 roku prezes Wiktorow ustąpiła miejsca prezesowi Wypychowi nikt nie wiedział jeszcze, jak tymczasowa jest to sytuacja. A może wiedział?

Paweł Wypych, zaufany ówczesnego premiera, zabrał się do roboty z dużym impetem, żeby nie powiedzieć z pośpiechem. Bez ładu i składu zaczął rzucać pomysłami, a niektóre z nich nawet wdrażać w życie. Można by powiedzieć, że znał się tylko na dwóch rzeczach – na osobach niepełnosprawnych i na obsłudze klientów. Z tych tematów zbudował całkiem zgrabną medialnie fasadę. O samych ubezpieczeniach wypowiadając się rzadko, a jeśli już, to poruszając się w politycznie poprawnych, bezpiecznych rejonach.

Tymczasem za fasadą trwała gorączkowa krzątanina. Na początek wymieniono członków zarządu. Zwolniono cieszącego się uznaniem rzecznika prasowego. No i oczywiście w iście ekspresowym tempie zmieniono statut Zakładu – co doprowadziło zresztą do kilkudniowego paraliżu instytucji. Zaraz potem zmieniono regulamin organizacyjny – co z kolei doprowadziło do paraliżu kilkumiesięcznego.

Powołane oddziały wojewódzkie nie robiły nic – tymczasowi dyrektorzy nie chcieli podejmować żadnych decyzji a konkursy na nowych trwały. W rezultacie np. naturalny ruch kadrowy 50-tysięcznej załogi odbywał się tylko w jedną stronę – ludzie mogli się zwalniać ale do pracy nikogo nie przyjmowano. Papiery krążyły między szczeblami albo zalegały w oddziałach wojewódzkich czekając lepszych czasów.

Tak się złożyło, że większość nowych dyrektorów wojewódzkich okazała się mieć polityczne konotacje – tym większe im głośniej im zaprzeczano. Najambitniejsi z nich po objęciu urzędów zdążyli już nawet rozpocząć własne roszady kadrowe w najbliższym otoczeniu. Za chwilę karuzela stanowisk miała dotrzeć do pozostałych jednostek. Nikt nie myślał o pracy, nerwowo rozglądając się na boki.

Po zmianie rządu szybkie odwołanie Wypycha i przywrócenie stanu sprzed rewolucji czerwcowej było jedynym rozsądnym posunięciem. Na decyzję było dosłownie kilka dni – z końcem listopada kończyły się bowiem okresy wypowiedzeń wyrzuconych z pracy starych dyrektorów.

Dziś sytuację można uznać za opanowaną. Dyrektorzy bez politycznych ambicji. Wróciła prezes Wiktorow (w roli doradcy obecnego prezesa). Wróciła Wanda Pretkiel (do czerwca członek zarządu – obecnie w roli dyrektora oddziału w Warszawie). Wrócił nawet stary rzecznik prasowy, choć na nowe, mniej eksponowane stanowisko. Chodzą plotki, że czas nowych członków zarządu ZUS też jest już policzony.

Jeśli ZUS potrzebuje zmian, to należy je wprowadzać z głową a nie na tempo, byle zdążyć przed wyborami. W obecnym stanie można znów o tym myśleć. Zmiany w tak strategicznej instytucji nie mogą być tylko pretekstem do umacniania własnej władzy. Mam nadzieję, że obecny rząd to rozumie. Inaczej następny prezes skończy jak Wypych, którego dziś w ZUS-ie porównuje się do Alota. Jak Alot zaczął, jak Alot działał i skończył w niesławie też jak Alot. Tylko szybciej.

Strachy na lachy

Luty 27, 2008

Dziś Wyborcza powróciła do problemu straszenia emerytów komornikiem.

Zdaniem gazety zły ZUS, zapewne z wrodzonej złośliwości, nęka biednych ludzi opłatami za sprawy sądowe a gdy ci nie płacą, wysyła im komornika. Pomijając prymitywizm reporterskiego opisywania świata, to stawianie tych ludzi w takiej sytuacji przez instytucję państwową jest istotnie draństwem rzadkiej wody. Jednak i tak wydawałoby się oczywiste świństwo ma swoje drugie dno. Drugie dno, którego żadna ze stron nie chce odkrywać. Gazeta bo to gazeta i nie można zagłębiać się w szczegóły kosztem dramatyzmu opowieści. ZUS bo…ZUS to chyba ze wstydu.

„Nakładane przez ZUS opłaty” to w obrocie prawnym tzw. koszty zastępstwa procesowego. Układ jest następujący – ZUS zatrudnia radców prawnych, którzy, wyposażeni w stosowne pełnomocnictwa, niejako zastępują (czy też reprezentują) go w postępowaniach przed sądami. Nie są to jednak tacy zwykli pracownicy – korzystają bowiem z pewnego zakresu niezależności w swoich działaniach. Zakres tej niezależności określa ustawa o radcach prawnych. I to w oparciu o nią radcy prawni występują do sędziów o przyznanie kosztów zastępstwa. Szkopuł w tym, że pracodawca nie może zabronić im korzystania z tego przepisu. Złamałby prawo. Może ewentualnie prosić, namawiać, przekonywać. W końcu odwoływać się do sumienia. Jak widać z marnym skutkiem. Dlaczego? Pewnie dlatego, że zasądzone kwoty, po ich przelaniu do ZUS-u, są wypłacane tymże radcom. To ich, zagwarantowany ustawą, zysk. W przypadku kserowanych na bazarach, idiotycznych pozwów idących w tysiące łatwo policzyć – z każdej sprawy kilkadziesiąt złotych…łatwa kasa. I duża.

W każdej normalnej firmie pracownik, który notorycznie naraża na szwank jej dobre imię, przestaje być pracownikiem. Dlaczego więc ci ludzie ciągle pracują w ZUS-ie i wciąż bezkarnie wystawiają go na takie połajanki? 

Po pierwsze powodem rozstania nie może być występowanie o koszty zastępstwa. Zwolnienie musiałoby być załatwione w białych rękawiczkach albo z zachowaniem wszelkich rygorów prawa pracy. To jednak są prawnicy i dochodziliby swojego. Nie można przecież pracownikowi postawić zarzutu, że działał zgodnie z prawem.

Po drugie ZUS-u na to nie stać. Otóż nie ma co ukrywać, że kadra radcowska w ZUS-ie to raczej nie jest jakaś śmietanka palestry. Nie za tę kasę, którą ZUS płaci. Przychodzą do ZUS-u prawnicy głównie na dorobku – trzeba ich szkolić, szkolić i szkolić. Przepisy ubezpieczeniowe są trudne – nie bez powodu są od tego osobne sądy. Ci wyszkoleni najczęściej szybko odchodzą. Ci którzy zostają, zostają tylko dlatego, że mogą liczyć na tę dodatkową kasę. Przy szczupłości kadr mają setki spraw, w których mogą wystąpić o koszty zastępstwa. Setki. W żadnej liczącej się kancelarii prawnik nie dostanie na miesiąc kilkudziesięciu wokand, czyż nie? Podejrzewa się nawet, że te durnowate pozwy z bazarów, kserowane i rozprowadzane w narodzie, a potem w tysiącach odrzucane przez sądy – to preparują właśnie zaradni radcowie z ZUS-u. Taki syndrom strażaka, który sam podpala, żeby mieć robotę. Tylko, że strażaków podpalaczy się łapie, a tu nikt nikomu nic nie udowodni.

Koszty zastępstwa były pretekstem do odwołania prezes Wiktorow. Możliwe, że obecna sytuacja odbije się czkawką obecnemu. Gdyby to było proste, któryś z preziów, choćby w obronie swojego stołka, coś by z tym zrobił.

Pora już, żeby za sprawę wzięli się jednak politycy. Oprócz świętego, przedwyborczego oburzenia nic jak dotąd z tym nie zrobili. A niestety tylko zmiana anachronicznego prawa może tak naprawdę ukrócić te praktyki.

Parada oszustów

Luty 19, 2008

Całkiem niedawno media podawały wiadomość o pewnym zaradnym Włochu, który przez 40 lat symulował niewidomego i z tego tytułu pobierał od tamtejszego ZUS-u rentę.

Tego typu news oczywiście bardzo ładnie wpisuje się w zróżnicowane opinie o naszym krajowym ZUS-ie. W komentarzach do artykułu zdania były diametralnie rozbieżne. Od „u nas nawet ślepy renty nie dostanie” do „u nas 2/3 rencistów to symulanci„.

Zazwyczaj nie czytam komentarzy (chyba, że dotyczą mojego bloga…), bo najczęściej są to same zjadliwe bzdury. Ale tutaj nie umiałem się powstrzymać i dzięki temu mogłem zacytować te dwa zdania dla poparcia, jakże klasycznej, tezy mówiącej, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Zdania na temat systemu orzeczniczego w ZUS-ie są w narodzie podzielone. Na nadmierny rygoryzm ubezpieczyciela narzekają ci, którzy świadczenia nie dostali a dostać by chcieli. Na nadmierny liberalizm orzeczników narzekają ci, którzy muszą konkurować z lewymi rencistami na rynku pracy. Ani jedni ani drudzy racji nie mają. Trzeba bowiem przy tej okazji wyraźnie zaznaczyć, że to nie od ZUS-u zależy, jaka jest polityka państwa w zakresie świadczeń rentowych. Za premiera Mazowieckiego dostać rentę było łatwiej niż splunąć. Rencistów było dzięki temu więcej niż emerytów. Potem państwo zmieniło priorytety, potem system orzekania i zaczęły się schody. Dziś rencistów jest 1/3 tego co dekadę temu.

Jak takie schody ustawi się za wysoko to i we Włoszech i w Polsce znajdą się tacy, co będą chcieli je ominąć. I omijają – jedni skutecznie inni nie. Jak schody są za niskie, to każdy, nawet ten co nie powinien, sobie po nich poskacze. Ale jaka jest w tym wina schodów, że je postawili tak a nie inaczej?

Zaś zamiast resume jeszcze jeden z odnalezionych komentarzy: „Po to jest ZUS, żeby go doić – nie będzie ZUS-u, nie będzie przekrętów„.

Rekrutacja

Luty 15, 2008

Centrala ZUS-u poszukuje pracownika na stanowisko ds. utrzymania czystości i porządku w obiektach. Sprzątaczki znaczy się.

Wśród wielu formalnych wymagań typu „wykształcenie podstawowe” czy „mile widziane doświadczenie w pracy związanej ze sprzątaniem” są i takie:

  • umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach,
  • orientacja na klienta,
  • umiejętność podejmowania decyzji…

W ZUS-ie nawet sprzątaczka nie ma lekko.

Generalnie większość oddziałów terenowych już dawno zdecydowała się na kupowanie usług związanych z utrzymaniem czystości. Bo jest taniej i do tego na funduszu płac można zaoszczędzić. Centrala jeszcze nie. Ma za to panie sprzątające zaradne ze wszech miar, decyzyjne a w razie kolejek i na informacji siąść mogą.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.